Dzień dobry w poniedziałek.
Dzisiaj przychodzę z taką refleksją - Kiedyś praca nad sobą nie nazywała się „pracą nad sobą”.
Nie było warsztatów, aplikacji do medytacji, porannych rytuałów z checklistą. Było lepienie pierogów. Pielenie ogrodu. Prasowanie. Długie spacery bez słuchawek w uszach. Ruch rąk. Powtarzalność. Cisza.
Dziś rozwój ma harmonogram.
Joga – wtorek 18:00.
Mindfulness – 10 minut dziennie.
Warsztaty – weekend wyjazdowy.
Pierogi kupujemy gotowe. Jedziemy autem, żeby było szybciej. Spacer jest „czasem dla siebie”, a nie naturalną częścią dnia.
I to wszystko wpływa na nasz mózg.
Bo kiedy żyjemy szybko, w ciągłej stymulacji –
powiadomienia, bodźce, decyzje – nasz układ nerwowy pracuje w trybie czuwania. Aktywuje się oś stresu, rośnie poziom kortyzolu, a mózg uczy się bycia w gotowości.
Brakuje mu powtarzalności i monotonii, które kiedyś były codziennością. A to właśnie w takich prostych, rytmicznych czynnościach aktywuje się tzw. sieć stanu domyślnego – obszary mózgu odpowiedzialne za refleksję, integrację doświadczeń, kreatywność.To wtedy porządkujemy emocje i „układają się” myśli.
Dziś często próbujemy to nadrobić warsztatami i praktykami – bo nasz mózg domaga się regulacji. Domaga się ciszy. Domaga się wolniejszego tempa.
Może więc praca nad sobą to nie tylko nowe narzędzia. Może to świadome wprowadzanie do życia tego, co kiedyś było naturalne: powtarzalności, rytmu, chwili bez celu.Nie wszystko trzeba optymalizować. Nie każdą ciszę trzeba planować.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz