poniedziałek, 9 marca 2026

Kiedyś praca nad sobą nie nazywała się „pracą nad sobą”.

 Dzień dobry w poniedziałek.

Dzisiaj przychodzę z taką refleksją - Kiedyś praca nad sobą nie nazywała się „pracą nad sobą”.
Nie było warsztatów, aplikacji do medytacji, porannych rytuałów z checklistą. Było lepienie pierogów. Pielenie ogrodu. Prasowanie. Długie spacery bez słuchawek w uszach. Ruch rąk. Powtarzalność. Cisza.
Dziś rozwój ma harmonogram.
Joga – wtorek 18:00.
Mindfulness – 10 minut dziennie.
Warsztaty – weekend wyjazdowy.
Pierogi kupujemy gotowe. Jedziemy autem, żeby było szybciej. Spacer jest „czasem dla siebie”, a nie naturalną częścią dnia.
I to wszystko wpływa na nasz mózg.
Bo kiedy żyjemy szybko, w ciągłej stymulacji –
powiadomienia, bodźce, decyzje – nasz układ nerwowy pracuje w trybie czuwania. Aktywuje się oś stresu, rośnie poziom kortyzolu, a mózg uczy się bycia w gotowości.
Brakuje mu powtarzalności i monotonii, które kiedyś były codziennością. A to właśnie w takich prostych, rytmicznych czynnościach aktywuje się tzw. sieć stanu domyślnego – obszary mózgu odpowiedzialne za refleksję, integrację doświadczeń, kreatywność.To wtedy porządkujemy emocje i „układają się” myśli.
Dziś często próbujemy to nadrobić warsztatami i praktykami – bo nasz mózg domaga się regulacji. Domaga się ciszy. Domaga się wolniejszego tempa.
Może więc praca nad sobą to nie tylko nowe narzędzia. Może to świadome wprowadzanie do życia tego, co kiedyś było naturalne: powtarzalności, rytmu, chwili bez celu.Nie wszystko trzeba optymalizować. Nie każdą ciszę trzeba planować.
Czasem rozwój zaczyna się wtedy, gdy przestajemy przyspieszać.







niedziela, 8 marca 2026

Trzydzieści siedem lat temu odeszła moja babcia. Moja Babcia.

 Trzydzieści siedem lat temu odeszła moja babcia. Moja Babcia.

Byłam wtedy w pierwszej klasie szkoły podstawowej.Niezwykle pogodna, łagodna, z wielkim sercem i poczuciem humoru, uwielbiała kwiaty ogrodowe, kolorowe sukienki, była mi najbliższa.
Piekła kruche ciasteczka i plotła mi warkocze.
Była niemowlakiem kiedy straciła oboje rodziców w przeciągu kilku tygodni, hiszpanka zebrała żniwo…
Z mojej perspektywy- dziecka wzrastającego przy dziadkach, była dla mnie najbliższa, doświadczyłam od niej najczystszej miłości i akceptacji. To ona kupiła mi pierwszy wózek dla lalek, to ona pozwalała bawić się w kwiaciarnię i zrywać kwiaty z ogrodu, róże, maślanki, piwonie i lilie… to razem łuskałyśmy zielony groszek na drewnianej ławce pod wiśnią….
Po jej śmierci pochorowałam się.
Z perspektywy dorosłego wiem, że żałoba po jej odejściu trwała klika lat. Długo myślałam o tym, jak moje dorastanie byłoby łatwiejsze gdyby mogła żyć jeszcze kilka lat dłużej…
Kiedyś śniło mi się , że zmartwychwstała.. spotkałam ją w ulubionej podomce i kapciach…
Trzydzieści siedem lat tęsknię za tym, jak się przy niej czułam — dobra, kochana, bezpieczna. Ale jednocześnie czuję wdzięczność, że mogę nosić jej światło w sobie, przekazywać je dalej i odnajdywać w sobie jej spokój i ciepło. Dzięki temu jej historia nie kończy się wraz z jej odejściem. Dzięki mnie wciąż żyje.